Do tej pory, to głównie banki starały się kontratakować, żądając od kredytobiorców wynagrodzenia za korzystanie z kapitału po upadku umowy. Teraz jednak sytuacja może się całkowicie odwrócić. Jeśli unieważnienie umowy stanie się punktem wyjścia do dalszego dochodzenia roszczeń przez frankowicza, może on zażądać m.in.:
- wynagrodzenia za bezumowne korzystanie przez bank z jego pieniędzy (czyli rat kapitałowo-odsetkowych, które kredytobiorca wpłacał przez lata),
- waloryzacji świadczenia, np. w oparciu o wskaźnik inflacji,
- odszkodowania za szkody majątkowe wynikające z nieuczciwej umowy,
- zadośćuczynienia za straty niematerialne, stres czy obniżenie komfortu życia.
Koszt złożenia pozwu o takie roszczenia nie powinien być wysoki – opłata sądowa wyniesie prawdopodobnie 1000 zł, tak jak w przypadku pozwu o ustalenie nieważności umowy. To czyni tę drogę bardzo dostępną finansowo, szczególnie w zestawieniu z potencjalnymi zyskami.
Co można zyskać?
Frankowicz, który już uzyskał wyrok unieważniający umowę i odzyskał całość wpłaconych rat oraz opłat, może iść o krok dalej i żądać rekompensaty za to, że bank przez lata obracał jego pieniędzmi bez podstawy prawnej. W zależności od wartości kredytu, okresu spłaty i dynamiki inflacji, mówimy tu potencjalnie o dziesiątkach, a nawet setkach tysięcy złotych dodatkowej korzyści – również w sprawach takich jak Deutsche Bank kredyt frankowy.
Czy sądy przyznają takie roszczenia?
Na ten moment wszystko zależy od krajowych sądów – to one będą oceniać, czy takie żądania są zasadne na gruncie polskiego prawa cywilnego. Ale jeśli TSUE wyda wyrok zgodny z opinią Rzecznika (a statystyki pokazują, że dzieje się tak w ponad 90 proc. przypadków), sędziowie otrzymają silne wsparcie w rozumieniu prokonsumenckiego kierunku rozstrzygnięć.
Wyrok może zatem nie tylko utrwalić dotychczasową linię orzeczniczą, ale też otworzyć nowy rozdział w historii sporów frankowych – tym razem z frankowiczami jako stroną aktywnie domagającą się rozliczenia z bankiem ponad podstawowy zwrot świadczeń.